
- Z łaski Józefa Stalina zostaliście, tak jak dawniej z łaski cara, gubernatorem opanowanej przez Moskwę, Polski – zwracał się do Bolesława Bieruta na antenie Radia Wolna Europa, były funkcjonariusz bezpieki, ppłk Józef Światło.
12 marca 1956 zmarł w Moskwie Bolesław Bierut, namiestnik Stalina w Polsce. Sowieckiego agenta, który miał na rękach krew tysięcy niewinnych ludzi, żegnano jak narodowego bohatera. Jego pogrzeb był bezprecedensowym przykładem kultu jednostki. Przy tej okazji setki naukowców i artystów składało wiernopoddańcze hołdy, które dzisiaj są smutnym przykładem zniewolenia umysłów.
Pierwsza odsłona rytuału pożegnania dokonała się w ojczyźnie "wszystkich prawdziwych komunistów". Trumnę wystawiono w moskiewskiej sali kolumnowej Związków Zawodowych.
Wiktor Woroszylski i Grzegorz Lasota pisali z Moskwy: "Idą ludzie, tysiące ludzi. Przy trumnie co parę minut zmienia się warta honorowa, członkowie prezydium KC KPZR, ministrowie, działacze partyjni i społeczni, naukowcy, robotnicy, kobiety, oficerowie i żołnierze [...] Mijają godziny, ludzi coraz więcej, to mieszkańcy Moskwy żegnają swego wielkiego przyjaciela w Jego ostatniej drodze".
Tymczasem w kraju trwały gorączkowe przygotowania do pogrzebu, tym bardziej, że wiadomość o śmierci Bieruta wywołała różne komentarze w społeczeństwie. W wielu środowiskach zadawano sobie pytanie, czy to przypadek, że Bierut umarł w Moskwie.
Co stało się w Moskwie?
Ulica bardzo szybko na swój sposób skomentowała zgon komunistycznego przywódcy. Pojechał w futerku, a wrócił w kuferku - mówiono. Inni twierdzili, że "dostał ciastko z kremem". Oficjalna propaganda starała się na każdym kroku podkreślać, że całe społeczeństwo jest pogrążone w największym smutku i cierpi bezgranicznie.
Dziennikarz "Trybuny Wolności" pisał:"[...] rankiem do mieszkania sąsiadów przybiegła ze szkoły ich córka. Wpadła do sieni i mocno przytuliła się do zdziwionej matki. Czego płaczesz – co się stało – Mała rozszlochała się na dobre – Umarł Bierut. Teraz matka upadła na krzesło i obie łkały".
Starano się przekonać, że w smutku pogrążył się niemal cały świat. Drukowano kondolencje od "bratnich partii" i organizacji. "Trybuna Wolności" zauważała, że nawet "komentarze prasy reakcyjnej utrzymane były w przyzwoitym tonie".
Hiszpańscy malarze Jose Renau i jego żona Manolita wykonali portret olejny Bieruta, który miał być przesłany do Polski.
Lud żegna towarzysza "Tomasza"
14 i 15 marca trumna została wystawiona na widok publiczny.
W niezwykle plastyczny sposób przedstawiano zachowanie ludzi podczas oddawania hołdu zmarłemu. "Trybuna Ludu" pisała: "Oto szepcząc "wieczne odpoczywanie" stara kobieta drżącymi rękoma składa przed trumną na czerwieni katafalku białe kalie". [...] "Popatrz synku – szepcze stara kobieta do małego chłopczyka – To jest właśnie Bierut. On bardzo lubił dzieci. [...] Jakiś chłop gniotąc pod pachą czapkę baranią usiłuje przedrzeć się przez olbrzymią ciżbę – ludzie przepuśćcie mnie prosi – przyjechałem aż od białostockiego o 10 mam pociąg, a muszę go zobaczyć".
Maria Dąbrowska napisała w swoich dziennikach "Możliwe, że śmierć wyzwala w naszym narodzie wspaniałomyślne uczucia, możliwe, że Bierut umiał zaskarbić sobie względy tzw. szarego człowieka (o czym owszem się słyszało) a możliwe, że to tylko pęd do sensacji, a nawet chęć zobaczenia go wreszcie umarłym i to w tajemniczych okolicznościach".
Propaganda miłości
Zbliżał się punkt kulminacyjny. Opracowano szczegółowy scenariusz ostatniego aktu. 16 marca 1956 został ogłoszony w Warszawie dniem wolnym od pracy. W zakładach pracy organizowano "dobrowolny" udział w uroczystościach. Załogi zakładów położonych wzdłuż przemarszu konduktu miały zająć miejsca na chodnikach. Z całego kraju przybywały specjalnie wybrane delegacje. Przekrój socjalistycznego społeczeństwa – robotnicy, chłopi, naukowcy, literaci i artyści.
Cała Polska miała żegnać "ukochanego" prezydenta. Radio przygotowało bezpośrednią i wielogodzinną transmisję (od 10.00 do 15.25).
W miastach ustawiano głośniki na ulicach, w zakładach pracy uruchamiano radiowęzły. O 13. 00 rozległy się dźwięki dzwonu. "Spiżowy ton, to "Zygmunt" z wawelskiego wzgórza, którego dźwięk rozlega się w najważniejszych dla narodu chwilach" – pisało "Życie Warszawy".
Epilog
Jeszcze przez kilka tygodni prasa drukowała wspomnienia "zwykłych" ludzi, którzy wspominali "ciepłego, miłego, serdecznego i mądrego towarzysza Tomasza".
Większość tych historyjek brzmiała wręcz surrealistycznie. Oto rębacz Robert Sobako "Akurat szedł ze swoją brygadą na przodek, gdy ujrzał światło lamp i znaną z portretów twarz o dobrych szarych oczach. [...] Długie godziny został Bierut z górnikami na dole" – donosił komentator "Życia Warszawy".
W oficjalnym obiegu kult Bieruta trwał jeszcze przez długie lata. W 1979 roku partyjny historyk Władysław Ważniewski pisał: "Wielu obywateli naszego kraju pamięta jeszcze, że Bierut jako prezydent często korzystał z przysługującego mu prawa łaski, a historyk wie także z akt archiwalnych o wielkiej liczbie interwencji w sprawach osób niesłusznie oskarżonych i pokrzywdzonych".
źródło: PolskieRadio pl


